„I would like to see any power in this world destroy this race, this small tribe of unimportant people, whose history has ended, whose wars has been fought and lost, whose structures have crumbled, whose literature is unread, whose music is unheard and whose prayers are no more answered.
Go ahead, destroy Armenia, see if you can do it. Send them from their homes into the desert, let them have neither bread nor water. Burn their homes and churches. Then, see if they will not laugh again, see if they will not sing and pray again. For, when two of them meet anywhere in the world, see if they will not create a new Armenia.”
Nie odczuwam samotności. Nie odczuwam tęsknoty. Gdzieś się schowały uczucia i emocje. Jest spokój. To tu jest lepsze, pełniejsze. Ciężko to wyjaśnić. Sama nie rozumiem. Oni nie rozumieją, Ci ludzie tam, Ci co wiodą dalej żywot w Polsce. A dla mnie Armenia jest błogosławieństwem. Czuję tu siebie, tak jak dawno nie czułam. Lubię życie tutaj, choć pozbawione jest podstawowych wygód. Chyba dobrze spędzić taki czas ‘na wygnaniu’, żeby sobie uświadomić jak niewiele potrzeba by się uśmiechać.
Nie potrzeba pralki, można wyprać ubrania ręcznie.
Nie potrzeba już lodówki, można trzymać jedzenie na balkonie.
Nie potrzeba supermarketu z produktami z całego świata. Można jeść to co natura daje nam o danej porze roku.
Nadeszła jesień. Krzewy nad jeziorem Sevan pokryły się pomarańczowymi owocami. Przy drodze stoją sprzedawcy z plastikowymi workami pełnymi chichkhan. To owoc, z którego Ormianki robią sok na zimę, pełen witamin i leczący siedem dolegliwości. Ze względu na barierę językową pewnie nigdy nie dowiem się jakie.
Koleżanka z biura proponuje nam pomoc i niemalże siłą zaciąga nas na targ, gdzie nabywamy 3kg kwaśnego owocu (1000dram czyli około 9zł), który w smaku przypomina pigwę. Budzi wspomnienia z dzieciństwa.
Wieczorem nasz dom wypełnia się ludźmi, garnkami, sitami, miskami. Wszyscy chcą pomóc w procesie twórczym. Tyle rąk do pracy, że mogę skupić się na dokumentacji fotograficznej. Sąsiedzi także wiedzieć będą, że robimy sok, gdyż około 21szej okazuje się, że nie mamy wagi ani słoika potrzebnych do odmierzenia ilości soku i cukru. Schodzimy piętro niżej do zaprzyjaźnionej sąsiadki. Jednak nie tylko ona otwiera drzwi. Zza pozostałych dwojga drzwi także wyglądają zaciekawione głowy.. Nagle otacza nas tłum ludzi, tam gra telewizor, tu bawią się dzieci. Chęć pomocy jest duża, także dość szybko wracamy na górę z litrowym słoikiem i staromodną wagą.
Po 3 godzinach sok jest prawie gotowy. Jeszcze tylko przez 5 dni trzeba go mieszać minimum 3 razy dziennie. Następnego dnia wszyscy w biurze pytać nas będą ‘are sou mixing?’
Tak szybko rozchodzą się wieści w Vardenis…
For bigger photos click here. Armenian internet doesn't want to cooperate with blogger...
Gavar jest stolicą prowincji Gegharkunik, leży kilkanaście kilometrów od zachodniego brzegu jeziora Sevan. Za czasów socjalizmu było trzecim co do wielkości miastem w Armenii, słynącym z przemysłu i z największych w Armenii gospodarstw rolnych. Nocą miasto tętniło życiem, kafejki pełne były ludzi, socjalistyczny hotel gościł licznych przyjezdnych. Czasy świetności odeszły jednak w niepamięć. Przemysł upadł, a liczba ludności zmniejszyła się o połowę. Straszy szkielet stadionu, opuszczony hotel, spalona i nigdy nie odbudowana szkoła. Ludzie wyjeżdżają za pracą do Erewania albo do Rosji. Część zostaje, gdyż jest tutaj Uniwersytet, a koszty utrzymania są dużo niższe niż w stolicy Armenii. Jednak Ci, którzy mają marzenia i ambicje, pewnego dnia uciekną od monotonnej wegetacji w ponurym mieście, gdzie młody człowiek nie ma szansy rozwoju. 'Po pracy wracam do domu, jem obiad, odpoczywam. I co mam robić potem? Mogę patrzeć się w telewizor, posłuchać muzyki. Nie ma żadnej kawiarni. Nie ma kina. Kiedyś było... Chciałbym mieć zespół. Rockowy. Dlatego muszę wyjechać. Tutaj nie ma perspektyw.'- opowiada młody mieszkaniec Gavar.
Noraduz jest średniowiecznym cmentarzem z największą w Armenii liczbą chaczkarów. Chaczkar to kamienna płyta wotywna upamiętniająca szczególne wydarzenia, ozdobiona bogatą ornamentyką z krzyżem ormiańskim oraz napisem upamiętniającym zdarzenie lub fundatora. Najstarsze chaczkary w Noraduz pochadzą z X wieku.
Jestem zafascynowana przepięknymi zdobieniami, mogłabym godzinami przechadzać się wśród chaczkarów, fotografować. Staram się przeczytać litery wyryte w kamieniu. Towarzyszący mi Ormianie tłumaczą, że to język staroormiański, który znacznie różni się od obecnie używanego języka wschodnioormiańskiego. Ten starożytny język, zwany grabar, używany jest nadal w liturgii Kościoła ormiańskiego. Najstarsze zapiski w tym języku datowane są na V wiek. Językiem urzędowym Armenii jest wschodnioormiański, pochodzący z Wyżyny Armeńskiej u podnóży góry Ararat. Zachodnioormiański jest obecnie używany jedynie wśród ormiańskiej diaspory.