Showing posts with label everyday life. Show all posts
Showing posts with label everyday life. Show all posts

Thursday, October 7, 2010

Just some thoughts


Ośnieżone szczyty. Chłodny wiatr o poranku.
Nie odczuwam samotności. Nie odczuwam tęsknoty. Gdzieś się schowały uczucia i emocje. Jest spokój. To tu jest lepsze, pełniejsze. Ciężko to wyjaśnić. Sama nie rozumiem. Oni nie rozumieją, Ci ludzie tam, Ci co wiodą dalej żywot w Polsce. A dla mnie Armenia jest błogosławieństwem. Czuję tu siebie, tak jak dawno nie czułam. Lubię życie tutaj, choć pozbawione jest podstawowych wygód. Chyba dobrze spędzić taki czas ‘na wygnaniu’, żeby sobie uświadomić jak niewiele potrzeba by się uśmiechać.
Nie potrzeba pralki, można wyprać ubrania ręcznie.
Nie potrzeba już lodówki, można trzymać jedzenie na balkonie.
Nie potrzeba supermarketu z produktami z całego świata. Można jeść to co natura daje nam o danej porze roku.
Tak niewiele potrzeba.
Wystarczy uśmiech człowieka, miłe słowo, chęć pomocy.
Tam wszyscy się spieszą, pędzą za nie wiadomo czym, nie wiadomo dokąd.
Tu jest spokój, można się zatrzymać, zjeść wspólny obiad. Pomocna dłoń czeka na każdym kroku.
Tutaj czuje się dobro. Jesteśmy bliżej nieba, to prawda. Jesteśmy. Gwiazdy widać lepiej. Co noc podziwiam. Przepięknie.
Boję się powrotu. Nie chcę powrotu. Tutaj jest mi dobrze. Tutaj odnalazłam siebie.
Tylko czasem słyszę cichy głos: „Bądź odpowiedzialna! Dorośnij w końcu!” Coraz cichszy.
Może więc nigdy nie ‘dorosnę’?

Tuesday, October 5, 2010

Chichkhan Juice Making, 30th September 2010


Nadeszła jesień. Krzewy nad jeziorem Sevan pokryły się pomarańczowymi owocami. Przy drodze stoją sprzedawcy z plastikowymi workami pełnymi chichkhan. To owoc, z którego Ormianki robią sok na zimę, pełen witamin i leczący siedem dolegliwości. Ze względu na barierę językową pewnie nigdy nie dowiem się jakie.
Koleżanka z biura proponuje nam pomoc i niemalże siłą zaciąga nas na targ, gdzie nabywamy 3kg kwaśnego owocu (1000dram czyli około 9zł), który w smaku przypomina pigwę. Budzi wspomnienia z dzieciństwa.
Wieczorem nasz dom wypełnia się ludźmi, garnkami, sitami, miskami. Wszyscy chcą pomóc w procesie twórczym. Tyle rąk do pracy, że mogę skupić się na dokumentacji fotograficznej. Sąsiedzi także wiedzieć będą, że robimy sok, gdyż około 21szej okazuje się, że nie mamy wagi ani słoika potrzebnych do odmierzenia ilości soku i cukru. Schodzimy piętro niżej do zaprzyjaźnionej sąsiadki. Jednak nie tylko ona otwiera drzwi. Zza pozostałych dwojga drzwi także wyglądają zaciekawione głowy.. Nagle otacza nas tłum ludzi, tam gra telewizor, tu bawią się dzieci. Chęć pomocy jest duża, także dość szybko wracamy na górę z litrowym słoikiem i staromodną wagą.
Po 3 godzinach sok jest prawie gotowy. Jeszcze tylko przez 5 dni trzeba go mieszać minimum 3 razy dziennie. Następnego dnia wszyscy w biurze pytać nas będą  ‘are sou mixing?’
Tak szybko rozchodzą się wieści w Vardenis…

For bigger photos click here. Armenian internet doesn't want to cooperate with blogger...


Thursday, September 30, 2010

Գավառ (Gavar), 25th-26th September 2010


Gavar jest stolicą prowincji Gegharkunik, leży kilkanaście kilometrów od zachodniego brzegu jeziora Sevan.  Za czasów socjalizmu było trzecim co do wielkości miastem w Armenii, słynącym z przemysłu i z największych w Armenii gospodarstw rolnych. Nocą miasto tętniło życiem, kafejki pełne były ludzi, socjalistyczny hotel gościł licznych przyjezdnych. Czasy świetności odeszły jednak w niepamięć. Przemysł upadł, a liczba ludności zmniejszyła się o połowę. Straszy szkielet stadionu, opuszczony hotel, spalona i nigdy nie odbudowana szkoła. Ludzie wyjeżdżają za pracą do Erewania albo do Rosji. Część zostaje, gdyż jest tutaj Uniwersytet, a koszty utrzymania są dużo niższe niż w stolicy Armenii. Jednak Ci, którzy mają marzenia i ambicje, pewnego dnia uciekną od monotonnej wegetacji w ponurym mieście, gdzie młody człowiek nie ma szansy rozwoju. 'Po pracy wracam do domu, jem obiad, odpoczywam. I co mam robić potem? Mogę patrzeć się w telewizor, posłuchać muzyki. Nie ma żadnej kawiarni. Nie ma kina. Kiedyś było... Chciałbym mieć zespół. Rockowy. Dlatego muszę wyjechać. Tutaj nie ma perspektyw.'- opowiada młody mieszkaniec Gavar.

For more photos click here.

Tuesday, August 24, 2010

Vardenis, 11th-13th of August, first time travelling in Armenia

Po krótkiej nocy, trochę niewyspana spakowałam niezbędne rzeczy. Po drodze na dworzec kupiłam chleb żeby jakoś przetrwać długą podróż. Na 'dworcu' bałagan, ciężko się zorientować co i jak, zwłaszcza gdy się nie zna alfabetu i języka. Na szczęście mam wsparcie innych wolontariuszek. One są tu dłużej i lepiej odnajdują się w ormiańskim porządku rzeczy. Wchodzimy do budki, chlubnie zwanej dworcem i prosimy o bilet do Erywania. Wydaje się, że chociaż jeden z trzech siedzących tam mężczyzn powinien usłyszeć. Tymczasem jeden popija kawę, drugi patrzy w ścianę, a trzeci wykonuje serię telefonów. Po 5 minutach ten dzwoniący otwiera szufladę i wyciąga świstek papieru, który okazuję się być biletem. Wypisuje dane, przydziela miejscówkę. Tutaj czas płynie inaczej.
Pół godziny oczekiwania na marszrutkę spędzam rozmawiając ze starszą kobietą. Jej angielski równa się mniej więcej mojemu rosyjskiemu, także nie jest to zbyt żywiołowa wymiana poglądów.
5 minut przed odjazdem kierowca macha na mnie ręką. To sygnał żeby zając miejsce w dusznej i ciasnej marszrutce. Po raz kolejny mam okazję doświadczyć mistrzostwa kierowców ormiańskich. Na szczęście niewiele różni się to od peruwiańskiej brawury, także jestem uodporniona.
Im bliżej Erywania, tym atmosfera gorętsza. Z okien obserwuję stolicę Armenii. Brudno, gorąco, sznur samochodów na ulicy. Cieszę się w duchu, że wybrałam Vardenis, że nie tu spędzę następne 4 miesiące. 
Na dworcu w Erywaniu spędzam 10 minut pytając łamanym rosyjskim o marszrutkę do Vardenis. Brzmi to mniej więcej tak: 'marszrutka Vardenis biljet?'. Szybko domyślam się, że na dworcu biletu nie kupię. Zaczynam się martwic, że to może nie ten dworzec. Pytam kilku kierowców, pytam Pana sprzedającego gazety, pytam policjanta. Odnoszę zwycięstwo, kierowca potwierdza, że jedzie do Vardenis. Profilaktycznie patrzę jeszcze na tablicę na przedniej szybie marszrutki. Ilość liter się zgadza, a druga litera to 'A', jedyna jaką znam. Jednak niepewność pozostaje aż do momentu kiedy przy drodze nie pojawia się znak 'Vardenis'.
Po drodze trochę śpię, jednak gdy docieramy do jeziora Sevan nie jestem w stanie oderwać oczu od krajobrazów. Przepięknie! Góry z jednej strony, z drugiej woda, uwieńczona na horyzoncie kolejnym pasmem górskim.
Docieram do Vardenis. Czekam na 'dworcu' na Eteri, która ma mnie odebrac. W międzyczasie zostaję zaczepiona dwa razy. Chyba niewiele tu turystów... Jeden z uprzejmych panów mówi, że ma samochód i że może mnie zawieźć gdzie tylko chcę. Grzecznie odmawiam.
Po kilku minutach pojawia się Eteri z chłopcem, około 10 letnim. Prowadzą mnie do samochodu, gdzie czeka jej tata.
Tak zaczynają się 2 dni w ormiańskiej rodzinie. Wszyscy są bardzo gościnni, otwarci, uśmiechnięci. Co chwila częstują kawą, słodyczami (które z grzeczności jem, choć nie lubię), jedzeniem. Obserwuję ich życie, proste i skromne. Mama gotuje, tata pracuje w polu, kuzyn gra dla mnie na pianinie. Hodują krowy i kury, uprawiają warzywa i owoce. Z tego żyją. Życie toczy się w domu, rodzina jest najważniejsza. Rytm wyznaczają pory dnia i roku.
Po 6cio godzinnej podróży jestem zmęczona, więc wcześnie idę spać. Następnego dnia poznaję organizację, dla której będę pracować. Tutaj też wszyscy są życzliwi. Na szczęście znają angielski, na poziomie min. komunikatywnym. Poza mną jest jeszcze dwóch wolontariuszy. Jeden z Peace Corps, drugi z duńskiej organizacji. Przez te daw dni w biurze jestem gościem, piję kawę i rozmawiam z innymi. Wydaje się, że mają ogromny potencjał, organizują bardzo dużo zajęć dla dzieci. Są i kursy języków i tańca i informatyki. Najcudowniejsze jest jednak to, że dzieciaki lgną do mnie, chcą rozmawiać. Niestety na razie nie mamy wspólnego języka. Muszę szybko opanować podstawy ormiańskiego.
W biurze jest jeden komputer z wolnym internetem. To utwierdza mnie w przekonaniu, że muszę zawalczyć o internet usb.  Do pracy i funkcjonowania jest mi niezbędny.
Po pracy idziemy na koncert chóru francuskiego. W Vardenis jest szkoła muzyczna i podobno co roku goszczą chóry z różnych części Europy.
Potem mój nowy przyjaciel, 14letni kuzyn Eteri (wydawało się, że ma 10 lat, ale tutaj dzieci dłużej pozostają dziećmi) zaprasza mnie do siebie do domu. Poznaję ich babcię, która częstuje mnie obiadem i owocami. Gdy się ściemnia, trzeba udać się do domu. Tutaj nie ma latarni.
Następnego dnia po krótkiej wizycie w biurze, ruszamy z Eteri do Erywania. W towarzystwie czas szybciej mija. Choć Eteri nieobecna myślami. Chyba w stolicy czeka ją coś niepewnego. Ciężko dziewczynom tutaj o miłość.